Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/ten-zlapac.wolomin.pl.txt): Failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server314801/ftp/paka.php on line 5

Warning: Undefined array key 1 in /home/server314801/ftp/paka.php on line 13

Warning: Undefined array key 2 in /home/server314801/ftp/paka.php on line 14

Warning: Undefined array key 3 in /home/server314801/ftp/paka.php on line 15

Warning: Undefined array key 4 in /home/server314801/ftp/paka.php on line 16

Warning: Undefined array key 5 in /home/server314801/ftp/paka.php on line 17
- Wie pan, to zaczyna przypominac inkwizycje -

było nic podejrzanego ani złowrogiego.

- Wie pan, to zaczyna przypominac inkwizycje -

deklarowana przez nia ¿arliwa wiare. Pomyslał, ¿e i jemu
formalnosci zwiazane ze smiercia Conrada Amhursta.
Leżąc na nierównym łóżku w swoim komplecie z czarnej bawełny, przeglądała notatki i bębniła palcami w stolik.
Napotkała w lustrze spojrzenie Nicka, dostrzegła w jego
Pragnę cię.
Shelby się nie poruszyła. Nie była w stanie.
Przeszli przez parking, a potem na drugą stronę ulicy, klucząc między rozpędzonymi samochodami.
Obchodzi mnie i pamietam to i nie mam najmniejszego
patrzac na nia zimno.
Teraz le¿ał na łó¿ku, patrzył w sufit i próbował zapomniec
- Tak.
Wysiadły na drugim pietrze i ruszyły szerokim korytarzem,
mru¿ac oczy w przera¿ajacej, zimnej furii. Gdyby spojrzenie
którego nawet jeszcze nie widziałes, i rodzinny biznes w

nowych ciosów by nie zniosła. Wiedziała, że powinna zacząć

Diaza i zmilczała. Niech Julia się wygada. Matkę i tak już
Szedł powoli, zagłębiając się w labirynt coraz węższych i coraz
Mógł sprawdzać ogrodzenie, zaganiać stado kilka akrów dalej, mógł przycinać krzaki po pomocnej stronie posiadłości albo z innym pracownikiem robić zakupy w mieście. Zawiedziona, odgarnęła włosy z ramion. Miała nadzieję, że uspokoi się, gdy wiatr schłodzi jej kark. Przeszła obok pomieszczenia z maszynami i tam natknęła się na Briga. Starał się znaleźć dziurę w grubej czarnej oponie, obracając kołem w przepołowionej starej beczce po ropie, która miała metalowe nóżki, oszlifowane brzegi i rurkę u dołu, odprowadzającą wodę do ścieku. Wodę doprowadzał gumowy wąż, przytwierdzony do kranu. Brig miał rozpiętą koszulę i rękawy podwinięte do łokci. Marszczył w skupieniu brwi. Może i słyszał, że Angie się zbliża, ale nie dał tego po sobie poznać. Podniósł głowę dopiero, gdy jej cień padł na beczkę. Znalazł miejsce, gdzie z opony uchodziło powietrze i narysował kredą znak na czarnej gumie. - Myślałam, że masz pracować z końmi. - Angie oparła się o murowane ścianę. Czuła na plecach ciepło rozgrzanych przez słońce czerwonych cegieł. - Nie wiedziałem, że mnie pilnujesz. Podniosła lekceważąco ramię. - Bo nie pilnuję. - To dobrze. - Odwrócił się do niej plecami i wyjął brudną szmatę z kieszeni spodni. - Więc to nie mnie szukasz. - No niezupełnie. Wyprostował się i szelmowskim uśmiechem dał jej do zrozumienia, że kłamie. - Zabawne. Myślałem, że kogoś szukasz, bo tak biegałaś po wszystkich stajniach i stodołach. I pomyślałem, że może mnie. - Nie pochlebiaj sobie. Zachichotał. - Nie mam takiego zwyczaju. Przerzucił koło przez ramię i wszedł do magazynu. Angie z największą przyjemnością zadarłaby dumnie głowę i odwróciła się na pięcie, ale weszła za nim. - Dlaczego tak mnie nie cierpisz? - spytała, gdy znaleźli się w środku. Choć przez otwarte drzwi i kilka małych okienek wdzierało się światło słoneczne, które drażniło jej wzrok, duszne pomieszczenie było ciemne i tajemnicze. W powietrzu unosił się zapach ropy i smarów. Brig wciągnął koło na warsztat i szukał kleju do gumy i czegoś na łatę. - Ja cię nie cierpię? - Odwrócił się przez ramię. - Skąd ci to przyszło do głowy? - Bo mnie unikasz. - Mam robotę. - Ale z Cassidy rozmawiasz. - Ona się interesuje końmi - odpowiedział pośpiesznie i lekko zacisnął zęby. - A może interesuje się tobą? - Przecież to dziecko. - Ma szesnaście lat. - Mówię, że dziecko. - O mnie myślisz tak samo? Zaśmiał się i zmierzył wzrokiem jej krągłe biodra, kobiece wcięcie w talii i pełne piersi, ściśnięte pod rozpiętą bluzką czarnym stanikiem kostiumu kąpielowego. Na chwilę cynicznie zatrzymał wzrok we wgłębieniu między piersiami Angie, w którym zebrał się pot i kurz. - Ciebie nie można wziąć za dziecko. - Wypiął biodro i wyjął z kieszeni koszuli paczkę cameli. - Czego ode mnie chcesz? - Zapalił papierosa i wydmuchnął chmurę dymu. Wyjęła mu papierosa z ust i zaciągnęła się, zostawiając na białej bibule ślad szminki. Wypuściła dym nosem, tak jak na starych filmach robiła to Bette Davis. - Dlaczego myślisz, że czegoś chcę? - Poprawiła włosy i oddała mu papierosa. - Bo taką masz naturę. - Niewiele mnie znasz. - Wydęła lekko usta. - I to mi wystarczy. O Boże, on jej daje kosza. Żaden chłopak nigdy nie dał jej kosza. Większość za nią latała, a jej - z natury uwodzicielskiej i kuszącej - bardzo podobało się, gdy widziała pożądanie w ich oczach. Ale Brig był inny. Musiała go skłonić, żeby ją chciał. Krew w niej wrzała. On, syn zwariowanej półkrwi Indianki i robotnika z tartaku, który uciekł w siną dal, ma czelność zachowywać się tak, jakby jej wdzięki w ogóle na niego nie działały. Ona jednak wiedziała swoje. - A nie chciałbyś mnie poznać troszkę lepiej? - Przysunęła się do niego tak blisko, żeby musiał patrzeć na przedziałek w jej biuście. Z papierosem w ustach wydawał się nieprzystępny jak nieposkromiony kowboj. Mrużył oczy od dymu, ale nie odwrócił głowy. - Mam robotę. Muszę cię przeprosić.
Wstała z łóżka i starannie ułożyła poduszki wokół dziecka, choć
- Nowy Meksyk?
an43
zamarły, jakby serce stanęło jej w piersi. Nikt nigdy nie powiedział, że
an43
może pielęgniarka ze szpitala?
żebyśmy włożyli w to trochę wysiłku tylko po to, żebyś mogła rozwiązać zagadkę i stać się bohaterką miasta. - Jesteś stuknięty. Nie pracuję nad artykułem. Do informacji na temat pożaru wyznaczono Laszlo. - Skinęła głową w stronę otwartej gazety. - A ty byłabyś wniebowzięta, gdybyś mogła mu pokazać, że jesteś lepsza. To powinna być twoja działka. Przecież chodzi o twoją rodzinę. Widzę to w twoich oczach, Cassidy. Jesteś wkurzona, że Laszlo dostał tę robotę, tylko dlatego, że jest mężczyzną. - Na miłość boską, Chase, uwierz mi, że naprawdę nie szukam rozgłosu. Nie odpowiedział, tylko pochylił głowę i spojrzał na nią z góry. - Myślisz, że chciałam, żebyś tu został, bo chodziło mi o karierę? - A po co innego? - Bo... - zamilkła. Nie chciała wypowiedzieć niebezpiecznych słów, które miała na końcu języka. - Bo... - chcę się w tobie zakochać, krzyczał jej umysł, chociaż nie wiedziała, czy kiedykolwiek będzie w stanie go pokochać, ani czy on pokocha ją. Tak bardzo przyzwyczaili się do tego, żeby się ranić i żyli w oczekiwaniu kolejnej awantury, że nie potrafili sobie ufać, nawet odrobinę. - A przy okazji, on dzwonił. - Kto? - Laszlo. Rano. Kiedy pływałaś. Była zaskoczona, że Chase wie, co ona robi o szóstej rano. - Bardzo chciał ze mną porozmawiać. Zupełnie, jakby nakłoniła go do tego moja żona. Nie podniosłem słuchawki. Gadał do automatycznej sekretarki. Był niespokojny, bo chciał nowych faktów do następnego artykułu. - Powiedziałam mu, żeby przestał mnie naciskać. Jeżeli chce informacji, będzie musiał zadzwonić do ciebie. - Wspaniale. - Nie ruszył się. Przyglądał się Cassidy tak natarczywie, że ledwie mogła oddychać i prawie nie była w stanie myśleć. Stała tak blisko niego, że czuła na twarzy jego ciepły oddech. - Chcesz mnie jeszcze o coś zapytać, czy będziemy tu stali cały dzień? Zadała mu pytanie, które dręczyło ją od dnia pożaru, bo Chase zachowywał się dziwnie. - Czego się boisz, Chase? Zawahał się. - Czego? - Mijały sekundy. Cassidy nie wystraszyła się jego spojrzenia. Oddychał szybko, tak jak ona. Słyszała cichy szmer powietrza, uchodzącego z jego płuc. - Ciebie. - Ledwie usłyszała to jedno słowo. - Boję się ciebie, Cassidy. - Mnie? Dlaczego? - Nie chcę znowu za bardzo się do ciebie zbliżyć - przyznał się. - To jest niebezpieczne. Patrzyła na niego w milczeniu, z łomoczącym sercem. Mięśnie na karku Chase’a napięły się. Odwrócił wzrok. - Cholera, Cass. - Chcesz odejść, prawda? - zgadła z bólem. Jego twarz posmutniała. - Nie mam wyboru. Odsuń się, Cassidy. Nie rób ze mnie więźnia. - Chase... Odepchnął ją. - Przestań robić z igły widły. Zgodziłem się na tę twoją błazenadę. Mieszkam z tobą. Pod jednym dachem. Cholera, postanowiłem nawet, że będę udawał, że jesteśmy szczęśliwi. Ze względu na twoich rodziców. Ze względu na policję. Ze względu na całe to pieprzone miasto. Jeżeli tego chcesz... Ale kiedy jesteśmy sami chcę, żebyś dała mi święty spokój. Instynktownie podniosła rękę. Chciała bić, wrzeszczeć i kopać w mur, który między nimi wyrósł. Roześmiał się. Ponury, sarkastyczny śmiech złowieszczo poniósł się echem po pokoju. Cassidy opuściła ręce. - Pobiłabyś kalekę? - Ty użalający się nad sobą bydlaku! - No, teraz już lepiej. - Naprawdę nie wiem, co się z nami stało. - Nie chciała się poddać. - Ale wierzę, że to da się naprawić. - Małżeństwo to nie stary zepsuty pontiac, Cassidy. Obie strony muszą chcieć coś z tym zrobić. - Możesz mówić, co chcesz, Chasie McKenzie, ale ja nas nie przekreślę. - Już raz to zrobiłaś. Wzdrygnęła się. Mówił prawdę. - I dlatego nigdy mi nie wybaczysz. - Nagromadziło się między nami tyle rzeczy, że nie możemy zacząć wybaczać wszystkiego naraz. - Moglibyśmy spróbować. - Tak. Znasz przysłowie: Co nagle, to po diable. - Postawił kule przed sobą i przeszedł obok niej szybko, ale jakoś dziwnie.
Milla była tak zaskoczona widokiem uśmiechu na twarzy Diaza,
Miała dwóch dorosłych, żonatych synów, którzy sami już mieli
wykrzyczała to w knajpie pełnej ludzi: nagroda za informację o
seksu, choć tak mogłoby się wydawać. Chodziło o coś więcej. O
zabrakło oddechu, a świat zakołysał się wokół. Horyzont

©2019 ten-zlapac.wolomin.pl - Split Template by One Page Love